Wstałam dzisiaj z przekonaniem, że styczeń powinien być miesiącem zmian. Właściwie to powinnam dojść do tego wniosku około tygodnia temu, kiedy gapiąc się na fajerwerki marudziłam przyjaciółce, że nowy rok przeraża mnie jak jeszcze nigdy w życiu. Chodziło mi przede wszystkim o podejmowanie decyzji, od których w jakiś tam sposób zależy moja przyszłość. Wiem, wszystko co robimy ma odbicie w naszych dalszych losach, ale wydaje mi się, że to, co zrobię w przeciągu następnych sześciu miesięcy naprawdę zdefiniuje to, czym będę zajmować się przez kolejne kilka lat. Ułożyłam więc sobie w głowie plan, ale boję się, że kolejny raz oleję swoje postanowienia. Zawsze tak jest, niektórzy nazywają to słomianym zapałem. Tylko, że teraz mam to ciążące mi przeczucie, że wszystko co zrobię przez najbliższe kilka miesięcy istotnie wpłynie na moje życie. Będąc szczerym, cholernie boję się, że coś spieprzę. C-H-O-L-E-R-N-I-E! Jak wspomniałam mam plan, który wprowadzam w życie od jutra. Mój nauczyciel od biologii powtarza, że nie warto mówić zacznę od jutra, tylko zabrać się za to, co mamy do zrobienia już, teraz! Cóż, nigdy nie lubiłam jego filozofii życiowej, dlatego i tym razem go nie posłucham i zacznę od jutra. O co chodzi z tym moim planem? Zawieram w nich nie tylko moje zamierzenia maturalne, choć powyżej biadoliłam właśnie o tym, bowiem dalsza część planu na moje życie wpłynie tylko tak, że poczuję się lepiej. Plan ma więc dwie części. O pierwszej już była mowa, więc teraz druga. Nazwijmy ją sobie fizyczną, czy jakkolwiek inaczej... nieważne. Chodzi o to, że coś nie pasuje mi w moim ciele. Nie, nie ubolewam nad zbędnymi kilogramami, bo po prostu ich nie mam! Właściwie to ważę zdecydowanie za mało, mam wystające obojczyki, patykowate ręce i widoczne żebra, ale nie przejmuję się tym, bo wiem, że to uwarunkowane genetycznie. I uprzedzę, że nie chcę schudnąć! Chcę po prostu poprawić to, co mi się w sobie nie podoba. Czuć się zdrowiej i mieć satysfakcje z faktu, że znów mam kondycje sprzed lat, jestem rozciągnięta, a wysiłek fizyczny sprawia mi radość, bo boli mnie fakt, że... zapuściłam się. Dosłownie! Przebiegnięcie 800 metrów w cztery minuty to dla mnie osobista tragedia i obiecałam sobie, że za miesiąc sprawdzę ile się choćby w tym jednym aspekcie zmieniło.
Jestem w trakcie przeszukiwania internetu w poszukiwaniu ciekawych sposobów na domowy trening. Chcę sobie urozmaicić ćwiczenia, bo pomysł z codziennym bieganiem już kilka razy nie wypalił. Jeżeli więc macie jakieś sprawdzone metody to piszcie, bo sama jeszcze nie wiem w co włożyć ręce. Dajcie znać co sądzicie o treningach z Ewą Chodakowską albo Anią Lewandowską. A poza tym jakie wy macie sposoby na motywowanie się do ćwiczeń lub nauki.
Najprościej znaleźć ćwiczenia z Ewą na YT. Powodzenia w zmianach i wszystkiego dobrego w nowym roku :)
OdpowiedzUsuńhttp://budzinskanatalia.blogspot.com/ <---- ZAPRASZAM :))
Świetny blog <3
OdpowiedzUsuńObserwujemy? Jak tak do daj znać (zawsze się odwdzięczam) :)
Zapraszam nikej-nikeej.blogspot.com